restauracje

wtorek, 18 września 2007

Kuchnia: polska, nawiązująca do legendy restauracji Berensa. Alkohole: wszystkie. Extra: patio, galeria sztuki, koncerty, konferencje, organizacja imprez, sala kominkowa, pokoje. Rezerwacja: tak. Ceny: 25 - 35. Sala dla niepalących: tak. Miejsca: sala - 120. Dzieci: brak specjalnych dań. Godziny otwarcia: 11 - 23. Pokoje: 37 pokoi 2 i 3-osobowych, 97 miejsc, 70 - 220zł/os. Telefon: 0-81 883 5544 .


A reputable restaurant with exquisite polish cuisine. Fineness and pure taste make SARP's restaurant a choice of many famous guests - artists, journalists or even presidents.


Ona:

Do SARPu można wejść i zamówić, ot tak po prostu. Nie każdy o tym wie. A warto, bo w karcie najlepsze polskie tradycje: sznycel, bliny, zrazy, bigos, kremowe zupy, sum, kaczka czy karp w śmietanie. Gospodarz zapewniał, że "nie ma najlepszych dań, wszystko jest na dobrym poziomie", dobierał wino, komponował smaki, a nam śmiały się oczy, bo wszystko wyglądało jak powinno, smakowało jeszcze lepiej - bez fałszywych nut i zarazem delikatnie.

Na początek szlachetna ryba, czyli sum w sosie koperkowym i subtelne wino, które podkreślało ten szlachecki stan. Błogość na ustach. Potem, dobrym wstępem do kaczki była zupa pomidorowa - nie mój typ, ale bardzo smaczna i patrząc na Niego, uwierzyłam, że potrafi przywrócić zdrowie. W karcie zainteresowała mnie też cebulowa, ale uwiodła nas na pokuszenie szpinakowa z jajkiem (bardzo zgodnie). Kremowa i obłędna.

Wreszcie czas na kaczkę, której wspomnienie wraz z polską emigracją zawędrowało aż do Argentyny. Pan Ryszard podkreślał, że warto zamówić ją dzień wcześniej, a wszystko po to, by ziołom i mięsu dać czas na wzajemne przenikanie. Tym także była kolacja w SARPie - czasem na rozmowę, na snucie planów, na przenikanie się smaków i uśmiechów. Jak w dobrej tradycji. A kaczka? Jak już mogliśmy się spodziewać, była delikatna i ze smakiem, "zwarta, ale jednocześnie miękka", a do tego pomarańcze, żurawiny, jabłka... Znów czysty smak, trochę słodyczy i wino.

Tylko na chwilę czar prysł, kiedy zamówiliśmy kawę - to była popularna marka mieszanki do ekspresu, ale na poprawę wystarczyło dodać mleka. Mruczeniem i przytulaniem posłodził Boss, ważny pomocnik pana Ryszarda.

Na koniec były babeczki, jeszcze ciepłe. Z radością łasuchowania patrzyłam, jak Jemu uszy 'wędrują' do góry.

On:

Do niedawna była to pilnie strzeżona restauracja w Domu Architekta SARP. Wyśmienici goście, osoby z pierwszych stron gazet, polska kuchnia. Dziś Ryszard Zdonek zaprasza tu każdego gościa. Pod warunkiem, że potrafi i chce cieszyć się dobrym jedzeniem w bardzo przystępnej cenie. Kuchnia nawiązuje do legendy - restauracji Berensa, w której przed wojną bywała Hanka Ordonówna. Najsłynniejsze były tam ryby, w tym liny w śmietanie.

Zanim doczekam się linów w śmietanie, postanowiłem wybrać się na kolację. Ona zaproszenie przyjęła - z radością. Bo lubi łasuchować, bo lubi cieszyć się łasuchowaniem. - Kobieta musi być wyspana, mężczyzna najedzony - powiedziała mi kiedyś z wdziękiem niegrzecznej dziewczynki. Ona kocha potęgowanie zmysłów - kulinarnych też.

Zaczęliśmy od przystawki. Pysznego suma w sosie koperkowym. Białe wino pozwoliło delektować się daniem. Po sumie była pomidorowa z groszkiem ptysiowym. Mocna, zdecydowana w smaku i bardzo gorąca. Wracało mi życie. Coś podkusiło nas jeszcze na zupę szpinakową. Była lux.

W głównej roli wystąpiła tego popołudnia kaczka z jabłkami, ozdobionymi żurawiną. Kaczką Ryszarda Zdonka zachwycił się Piotr Bikont i Robert Makłowicz. I było czym się zachwycać. Nienaganny smak mięsa i dobre czerwone wino - usposobiły mnie do świata bardzo przyjaźnie.

Na deser były pyszne babeczki ze słynnym powidłem węgierkowym.

Chciało się żyć.

02:35, kulinarnylublin , restauracje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 sierpnia 2007

 

Kuchnia: polska Alkohole: wszystkie. Extra: letni ogródek, grill, organizacja imprez, catering, sala kominkowa, pokoje. Rezerwacja: tak. Ceny: 15 - 25. Sala dla niepalących: tak. Miejsca: 100, ogród 25. Dzieci: duży wybór dań. Godziny otwarcia: 11 - 23. Pokoje: 4 pokoje (1 apartament), 14 miejsc, 70-80zł/os. Telefon: 0-81 75 00 830.


Zalew Zemborzycki is an artificial lake on Bystrzyca, the main river of Lublin. Surrounded by forests and small beaches and yet situated very close to the city, Zalew is one of the most popular places (if not the number one) to spend some free time.

If you get hungry while fishing, swimming, water skiing or bike riding you'll probably get to Vanett - one of the biggest restaurants in the area.
Our first impression: the menu seemed to be too vast, what is uncomfortable for the guest as well as for the chef. We got a hint from a waiter with our first choice. He was right, the soups were good:'borowikowa' boletus soup - mild and creamy and fish soup - nicely hot. The second choice wasn't that fortunate: we cannot recommend the kidney in cream sauce (though the very sauce was good).


Ona:

Nie mam potrzeby oswajania sobie miejsc, które już oswoiła większość mieszkańców Lublina, więc raczej omijam okolice Zalewu Zemborzyckiego, kiedy poszukuję różnych miłych zaułków. Jednak tym razem szczerze polecał nasz znajomy (któremu wierzymy), bo znalazł tam nie tyle zacisze, co dobrą kuchnię. Trzeba było to sprawdzić.

Nie przemówiły do mnie malowane winogrona, sala dancingowa ani gorszek ptysiowy. Zawartość miseczek owszem: zupa borowikowa była łagodna, sosikowata i sympatyczna, a rybna z kolei bardziej pikantna, kremowa, pyszna. Bardzo tak. W tle Whitesnake.

"Teraz spróbujesz potrawy, której nie jadają kobiety"- tajemniczo uśmiechnął się On, podał mi telerz i zaraz potem się skrzywił. Niedobry to znak, ale spróbowałam. Dobry sosik (mama też tak umie :) i pieczarki, ale mięsko już niekoniecznie. Podobno "nereczka" smakuje lepiej. Zaraz potem "Rough boy" ZZtopa, więc pewnie dlatego mięso było takie twarde.

Dużo dań w karcie, trudno się zdecydować, co dalej, ale wybór był trafiony. Delikatne mięso królika (que barbaridad!) rozpływało się w ustach, pyszne, zioła ok, sosik - dobry i już przydużo, ale ktoś skrzywdził makaron o jakieś dwie minuty. (to trochę jak z przesadzoną stylizacją Allanah Miles, której welwetowa piosenka brzmiała nam do królika).

Później czas na rybkę: dobry miętus duszony w jeszcze lepszych porach. Wyglądał i smakował letnio i wakacyjnie. Brakowało mi w nim tylko czegoś zdecydowanego, może białego wina lub białego pieprzu, tak jak piosence Richarda Marksa, co sączyła się w tle. (ale miętus naprawdę dobry). Na koniec spróbowaliśmy jednej z ciepłych przekąsek - pieczarki były chrupiące i soczyste. Tonik niestety musiałam zamówić bez dżinu, choć powinnam była pomyśleć o mięcie.


On:

Do wizyty w tej restauracji namówiła mnie Ona. Z rekomendacji znajomego, który uwiebia tatara i wierzy, że jest najlepszy na Lubelszczyźnie. Byłem tam 3 lata temu i w jedzeniu była 3 liga. Jak było tym razem?

Zawierzyłem nereczkom w śmietanie. Kultowej potrawie. Porażka. Twarde mięsko, zatuszowane smacznym sosem. Nie wiem, co kierowało kucharzem, ale powinien wisieć.

Przełknąłem porażkę. Ona zamówiła borowikową, ja rybną. Obie ok!. Z bogatej karty Ona wybrała miętusa w porach, jak króliika po prowansalsku. Ryba była ok, królik jescze lepszy, chociaż kucharz wymęczył makaron. Teraz sam sobie miętusa przyrządzę, być może tu wrócę, bo dobry był.

Na deser były pieczarki z niespodzianką. Nadzienie lekko wątróbkowe. Pieczarki w złocistej, mocno chrupiącej panierce. Dżin z tonikiem zdecydowanie poprawił mi humor.

Jeśli tu wrócę, to na zraz po węgiersku z kluseczkami.

22:32, kulinarnylublin , restauracje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 lipca 2007

 

Kuchnia: polska, jak u mamy i babci, pyszne pierogi ze szpinakiem. Alkohole: piwo. Extra: wiejski ogród, grill, organizacja małych imprez. Rezerwacja: tak. Ceny: 15 - 25. Sala dla niepalących: wewnątrz, można palić tylko w ogrodzie. Miejsca: 30, ogród 40. Dzieci: huśtawka, ogród. Godziny otwarcia: 11 - 18, sobota, niedziela: 11 - 20. Telefon: 504 100 266 .


This is a small family restaurant with a country style garden, located nearly at the base of a XVIth century castle. Type of food: home-made and polish. A wide range of "pierogi" (the green ones, with spinach, absolutely worth tasting), grilled dishes and spicy hungarian pie. As for the dessert, redcurrants straight from the bush, sweet cake baked the very same day or coffee with chocolate, whipped cream, ginger or honey. And the legend about the "black lady" rom Janowiec. Then just wonder around the sleepy town where every path makes you forget about all the rush of the world.


Ona:

Do Janowca można pojechać po zacisze. Wystarczy już na promie usiąść na ławeczce i popatrzeć na zmiany błękitu. Potem jest ściana lasu i droga, która sama prowadzi do miasteczka, a wszystko to przysnęło sobie spokojnie u stóp zamku. W takim miejscu po prostu "sie łazi" i co rusz natrafia na jakieś niezwykłości. Na przykład na zielone pierogi w Quchni na podzamczu, o których pani Jadzia powiedziała, że stają się legendą. Pyszne, więc niech im tak będzie.

Przysiedliśmy w ogrodzie. Deserowo kusiły nas porzeczki, a bąki zawzięcie czegoś szukały w malwach. Nam dobrze było z chwilowym nie szukaniem (bo maciejkę już znalazłam) i ze smakowaniem, któremu zawsze tego dnia pokazywało się na chwilę słońce. Po pierogach ze szpinakiem był dobry żurek, ale bardziej od niego smakował mi placek węgierski. Starannie przygotowany sosik, delikatne mięsko no i rozpływający się w ustach placek.

Skusiliśmy się jeszcze na deser w postaci domowego ciasta, może być też kawa z czekoladą, bitą śmietaną, imbirem, a nawet z miodem. Potem koniecznie spacer, bo przecież w Janowcu zaprasza każda uliczka. No i znów na prom. Można się cieszyć.

On:

Najpierw trzeba wsiąść na prom w Kazimierzu. Motor cichutko sapie, na ławeczce jest przytulnie, na drugim brzegu Wisły wyłania się, potem przybliża zamczysko z XVI wieku, na którym można spotkać czarną damę. Wie o niej najwięcej pani Jadzia Król, właścicielka rodzinnej restauracji z ogródkiem pełnym malw i wiejskich kwiatków.

Jeżdżę tam na pyszną świeżonkę z cebulką albo pierogi. Najpierw warto zadzwonić do pani Jadzi i upewnić się, o której świeżonka wyjdzie z pieca. Wtedy pachnie w całym ogrodzie, mięso rozpływa się w ustach, a małosolny ogórek nie ma sobie równych. Co to jest świeżonka? To świeże kawałki karczku z tłuszczykiem uduszone z boczkiem i cebulą we własnym sosie. Ale można dodać szynki, nawet `obrane żeberko. Pieprz dodaje pikanterii, sól charakteru i nic ponadto. Głośno też u pani Jadzi o mięskach z kanadyjskiego grilla - od polędwiczek, przez delikatny filet z kurczaka po pstrąga z ziołami. Coś w tym musi być, skoro tu jadają restauratorzy z Kazimierza. A to najlepsza rekomendacja.

Odzielny rozdział to żurek w chlebie na prawdziwym zakwasie. Pachnie żytnią mąką, marchewką i pietruszką, wiejską śmietaną i świętami. No i słynne pierogi. Zielone ze szpinakiem i fetą i staropolskie z bobu - palce lizać. Po pierogach skusiliśmy się na placek po węgiersku. Trzeba było zaczekać, aż pani Jadzia zetrze kartofle, usmaży, nadzieje placek swieżonką (tak, tak) i poleje sosem ze świeżych pomidorów i papryki. Jakie to dobre. Jeszcze chciałem skubnąć żeberko duszone z cebulką albo kawałek kurczaka z kaparami w sosie curry - ale nie dało rady. Zostawiliśmy sobie na oddzielne łasuchowanie. Jak ja się cieszę, że Ona kocha łasuchować. Mruży wtedy oczy, uśmiecha się i jej wargi mówią historię smakowania. Wtedy pokazuje się słońce.

Na deser zamówiliśmy sobie ciasto truskawkowe, dostaliśmy jeszcze po kawałku ciasta śliwkowego. Prosto z pieca. Szkoda, że sernik jeszcze siedział w piecu. Ona delektowała się kawą, ja widokiem na zamek. Było cicho, z dala od zgiełku, szczęśliwie. Znów przypomniał mi się wiersz "Na ganeczku snu": I słowa: Na ganeczku snu zaczerpniemy tchu.

Chciałem zaczerpnąć spokoju z tego wiersza na kolejne dni. Nie wiedziałem, że szybko będę go potrzebował...

09:04, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (13) »
wtorek, 22 maja 2007

Kuchnia: polska według Monatowej. Alkohole: wszystkie. Extra: catering, organizacja imprez. Rezerwacja: tak. Ceny: 15 - 20. Sala dla niepalących: tak. Miejsca: 120 w lokalu + 40 w ogródku. Dzieci: brak specjalnych dań, można zamówić pół porcji. Godziny otwarcia: 10 do 22. Telefon: 601 056 956.


The inn „Rzym” (Rome) might seem like a small castle taken out from a fairy tale it might also suggest italian menu but what they serve there is trullly polish cuisine. Unusual however. The recipies are very old and the harmony of tastes is exquisite

No matter if you are looking for a feast meal or just for a small, delicious treat ‘boczniaki’ (a mushroom appreciated best after truffle and morel) pot-roasted with butter and garlic is always a great choice. Secondly, this is one of the very few places where you can try ‘polewka ułańska’ (lancer soup) that is said to have been prepared for lancers in manor houses in XVIIIth century if they happened to turn up in strength, usually without a warning. White wine, broth, mushrooms, raisins, nutmeg... unusual and suprising.


Ona:

Teraz już wiem, że będę tu przyjeżdżać na boczniaki i to niezależnie od błyskawic. Duszone z masłem i czosnkiem, miło rozpływają się w ustach, a jeszcze większą radość sprawiają, kiedy można się nimi podzielić. Co nieco małe, a przyjemność duża.

O ułańskiej polewce słyszałam od Niego, zanim jeszcze wyruszyliśmy w drogę. Ciekawa byłam, ile ma w sobie z ułańskiej fantazji takie połączenie dobrego rosołu, białego wina, grzybów, rodzynek, cebulki, gałki muszkatołowej, grzanek... Każdy łyk przynosił inny aromat – czasem pikantna, czasem słodka albo grzybowa czy też słodko-grzybowa. Kubki smakowe nie miały czasu na nudę i przyzwyczajenie, fantazja na pewno była, ale przede wszystkim była harmonia smaków. Najbardziej niezwykłe stało się dla mnie samo odkrycie, że tak właśnie jadano w Polsce w XVIII wieku.

 

Czekając na główne danie – kaczkę – rozmawialiśmy z panem Marianem o nalewkach i o tym, jak ważne są serce i cierpliwość nie tylko w kuchni. On sam chętnie poleciłby zgłodniałym ‘wędrowcom’ schabowego z sosem borowikowym, wątróbkę po szlachecku (z boczkiem i cebulką), forszmak, pierogi, polędwiczki, w lecie chłodnik litewski na cielęcinie z szyjkami rakowymi, sandacza albo żeberko w miodzie. Z tym ostatnim wiąże się ciekawa historia: powstało z nie najlepszych emocji. Kiedyś w jakiejś restauracji pan Marian był tak zirytowany niesmacznym żeberkiem, że postanowił znaleźć przpepis na wyjątkowo pyszne. Znalazł go w bardzo starej książce kucharskiej i teraz podaje swoim gościom.

 

Ale wróćmy do naszych przyjemności: w sosie śliwka, karmel, likier brzoskwiniowy, ananas... a kaczka delikatna i naprawdę smakuje. Do tego surówki i pyszne ziemniaczki zapiekane z ziołami. Pan Marian często podkreślał, że dbanie o surowce do pierwszy warunek dobrej kuchni. W tym wypadku poczęstował nas najlepszym.

Trudno nie znać polskiej kuchni - zup, grzybów, mięs czy pierogów - a jednak potrawy w Karczmie Rzym mogą zadziwić harmonią i bogactwem smaków. Polecam szczerze, bo to kuchnia wyśmienicie polska.

On:

Mieści się przy kraśnickiej szosie w Lublinie, jeszcze przed skrętem na Konopnicę. Bajkowa architektura, wnętrze jak w kościele, Twardowski na księżycu pod sufitem. Najpierw wpadliśmy tu podczas burzy na boczniaki z patelni. Przez ogromne szklane drzwi widać było błyskawice, Ona chłonęła je z dreszczykiem rozkoszy. Potem spróbowała boczniaków z patelni. I znów był dreszczyk. Lubię patrzeć na jej wargi, jak je. Zmysłowo.

Wpadliśmy więc jeszcze raz. To królestwo Mariana Koczorowskiego, który w Lublinie miał słynną restaurację "Piwnica Rycerska". Stamtąd przeniósł najlepsze dania. Od polewki ułańskiej, przez wątróbki z boczkiem, genialną kaczkę czy sandacza po polsku. Sam pilnie studiuje stare książki kucharskie, więc dołożył schab po chłopsku rozbijany z boczkiem (nie dość że na pół talerza to jeszcze z pysznymi kartoflami i surówką za 14 zł) czy żeberka w polewie miodowej.

Zaprosiłem Ją na polewkę ułańską. Powolutku rozpoznawała smak wina, rodzynek, rosołu, chleba i gałki muszkatołowej. Smakowało. Choć była już po porcji boczniaków z czosnkiem i pietruszką, zjadła wszystko. Ja też, bo za ułańską oddam wiele.

Na drugie zamówiliśmy kaczkę w śliwkowo brzoskwiniowym sosie. Nie zapomnę, jak jadłem ją z Bikontem i Makłowiczem jeszcze w Rycerskiej. I tak jak wtedy zachwyciła mnie bogactwem smaków i aromatów. Coś dobrego. Bo kaczka smakuje jak kaczka, a nie wyprany ze smaku kurczak. Ale to już tajemnica "surowca", marynaty, sposobu pieczenia, bo w Rzymie piecze się ją jak w babcinej duchówce - długo.

W niedzielę w Karczmie Rzym gwarno na rodzinnych obiadach. Nic dziwnego, bo gdzie znaleźć taaakiego schabowego w tak sympatycznej cenie. Wpadniemy tam jeszcze raz. Wtedy Ona zamówi delikatnego sandacza po polsku, ja pójdę na całość i wezmę schabowego. A na deser? Jedno (przysięgam) żeberko w miodzie. Według recepty Monatowej.

20:44, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 maja 2007

Kuchnia: polska, domowa, sentymentalnie PRLowska. Alkohole: piwa, wódki. Extra: catering, sprzedaż na wynos, organizacja imprez. Rezerwacja: tak. Ceny: 10 - 20. Sala dla niepalących: tak. Miejsca: 100. Dzieci: brak specjalnych dań, można zamówić pół porcji. Godziny otwarcia: 10 do 19 (środa - dzień jarmarku od 8 rano). Telefon: 0-81 582 10 65.


Visiting 'Rarytas' is like a travel in time. It is always interesting to learn about history and morals of a country by tasting it's cuisine and in this particular case you are invited to experience polish 60's and 70's. The name of the restaurant means 'titbit' and in the menu you will surely find the most favourite dishes of the socialist chapter in Poland. Ranging from still popular pork chops, tomato soup, red beet puree, horse-radish sauce or pierogi to 'ozorek' (ox-tongue) or fried cabbage that nowadays are almost forgotten by professionalchefs. It is also worth notifying that the majority of ingredientscome from the local area, especially vegetables and herbs and, what is more, every dish is prepared on a traditional old coal stove. Among these 'favourites' we recommend especially: fried liver (even if usually one does not fancy this type of meat), rumsztyk (hashed beef, formed in a chop and sauté fired) and fried carp with creamy sauce. Most of the dishes are fried and based on meat that is why it is reasonable to have them with a small amount of special vodka that succours digestion.

Ona:

Myśl o wizycie w ‘pogieesowskiej’ restauracji kiełkowała powoli. Nie jestem przecież smakoszem flaków, jednak sama wyprawa wydawała mi się ciekawą wycieczką w przeszłość. Było trochę nostalgicznie, na pewno smacznie, ale także odkrywczo. Wizytę w “Rarytasie” polecam szczególnie tym, którzy (nie tak) dawne obyczaje znają jedynie z filmów Barei.

Pierwsze zaskoczenie: jest to restauracja rodzinna, a Małgorzata Małysz i Michał Szczepanowski (rodzeństwo) oraz ich mama pochodzą “stąd”. Dobrze znają lokalne zasoby i korzystają z nich ochoczo – czosnek, tymianek, majeranek, ziemniaki, buraczki od zaprzyjaźnionych rolników albo pieczywo od sąsiada z piekarni. Drugie zaskoczenie: może i nie bywałam w 'gieesach', ale na pewno pamiętam czar kuchni węglowej (a właśnie z takiej tam korzystają) i nie dość, że pewne smaki z dzieciństwa wróciły, to jeszcze polubiłam wątróbkę.

W karcie rarytasy PRLu: schabowy z kostką, ozorek w sosie, pierogi, pomidorówka (przypomniała mi dawne smaki ze szpitalnej stołówki), golonka, flaki... Dodatków niewiele, ale za to same ‘kultowe’: pomidor z cebulką, pyszne buraczki i zasmażana kapusta. Obiektywnie stwierdziliśmy, że najlepsza z dań była wątróbka i (nie lubiąc szczerze tej potrawy) z chęcią przyznaję, że bardzo mi smakowała. Ciekawy był też rumsztyk - tu początkowo niekoniecznie widziałam, o co chodzi, ale wiedziałam, że koniecznie trzeba zamówić - okazało się, że to siekana wołowina, co udaje kotlet, w dodatku bardzo dobra. Spodobał mi się też pomysł z rukolą i ziołami w większości potraw, nawet w buraczkach, pewnie mało to gieesowskie, ale za to dodaje nowego aromatu znanym już smakom. Na koniec, ‘pięćdziesiątka’ w przypadku kierowcy była oczywiście wykluczona, więc tęskniłam za miętą, a skoro już o napojach i tęsknocie mowa, to Rarytas ma też słodki kompot i coś dla wielbicieli ekstremalnych wspomnień: "plujkę w szklonce".

On:

Jedna z najsłynniejszych knajp na Lubelszczyźnie rodem z PRL. Od zawsze w Piaskach handlowało się końmi i jadało flaki. Do siermiężnej restauracji GS zajeżdżano, żeby dobić targu lub go opić. Z czasem flaki stały się tak sławne, że zaczęli przyjeżdżać na nie politycy, aktorzy, dostojnicy kościelni. W zacisznym gabinecie raczyli się także rumsztykiem z cebulką pod buraczki, wątróbką, schabowym z kostką i zacnym czopsem po piasecku.

W "Rarytasie" bywałem, nie zapomnę radości, z jaką flaki pałaszowała Anna Seniuk. Potem była długa przerwa, zacząłem bywać w dworku "U Elizy", zachodzić do pana Świetlickiego, który o Piaskach wie wszystko i flakom z Rarytasu poświęcił wiersz. Przyszła kolej na "Rarytas". Wnętrze po odświeżeniu zachowało czar PRL-u. Obecni właściciele pochodzą z Gardzienic, chcą uszanować tardycję, mało tego, marzą o otwarciu smakowitej izby pamięci. Ostatnio w piwnicznych szafach odnaleźli skarb: oryginalne receptury na potrawy z lat 60.

Najpierw zamówiliśmy pomidorową i flaki. Ona wybrała pomidorówkę, choć podbierała mi słynny piasecki raytas. Flaki świeżutkie, z marchewką, podlane masełkiem. W międzyczasie porozkoszowaliśmy się baleronem białoruskim. W kolejce czekała już wyborna wątróbka. Potem lux karp w śmietanie - pod kieliszeczek żołądkowej. To było dopiero preludium. Ona dostała rumsztyk, ja kultowy ozorek w sosie chrzanowym. Ozorek był taki sobie, ale rumsztyk - na medal. W końcu przyszedł czas na danie legendarne: czops po piasecku. Czyli kawał schabu rozbity z czosnkiem i cienkimi plasterkami słoniny. Do ziemniaczków, buraczków i genialnej kapusty zasmażanej. Idea świetna, ale mięsko było lekko twarde. Albo kucharz przetrzymał go za długo, albo zrobiono go wcześniej i odgrzano, czego nie znoszę.

Podsumowując: miejsce nostalgiczne, z domową kuchnią pełną rarytasów. Szef kuchni, Michał Szczepanowski uczył się do Lucjana Klaczyńskiego, pracował w "Europie", w Rarytasie zachował węglową kuchnię. Dobre jedzenie, pod warunkiem, że wesprzemy żołądek kilkoma pięćdzesiątkami na trawienie. Bez tego ani rusz.

15:03, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 07 maja 2007

 

 

Kuchnia: naleśniki francuskie, włoskie makarony. Alkohole: wina. Extra: weranda, ogród, promocje dla grup zorganizowanych. Rezerwacja: tak. Ceny: od 5 zł.  Miejsca: 23 w lokalu + 20. Dzieci: tak. Godziny otwarcia: 12 - 18. Telefon: 0-81 882 03 35 .


Nice place to visit while getting hungry in Kazimierz. Even cosy when not overcrowded. You can play with flavours and choose between over 40 taste composotions or create something on your own. These crêpes are said to be prepared with an original brittan receipt and you can taste the diference, especially in the buckwheat kind. From sweet to spicy, from vegetarian to meat, with wine or whipped cream – indeed, the choice is wide. We recommend: buckwheat crêpes with herbs and blue cheese sauce and as for a ‘sweet option’ crêpes with fig jam and orange liqueur.


Ona:

Zgłodnieliśmy po dobrze wykonanym zadaniu. Kazimierz D. był po drodze, a w Kazimierzu już od jakiegoś czasu marzyły nam się naleśniki. Dżem figowy już prawie śnił mi się po nocach, od kiedy On zaczął opowiadać mi o nim słodko-goryczkowe historie, więc mój plan na połasuchowanie był jasny. Jednak wcześniej trzeba było odbyć naradę w sprawie zaspokojenia pierwszego głodu.

Przenosząc się z ogrodu na pokoje, ustaliliśmy, że zaczniemy od zupy cytrynowej (jest też cebulowa i żurek, a latem można spróbować chłodnika). Potem, już na drewnianym siedzisku, w pokoju jak u prababci, mogliśmy wybierać spośród 40 naleśnikowych kompozycji i różnorodnych składników, od mięsnych po słodkie. Ale zgodnie zapragnęliśmy ziół, sosu serowego i oliwek na naleśniku gryczanym. Wiedzieliśmy też, że wino będzie tokajem.

Jasny pokój, buteleczki jak ze strychu, za oknami kwitnienie... i fantastyczna zupa cytrynowa. Na początku pikantna, potem łagodniała, było cytrynowo, a czasem bulionowo. Przyjemność kubków smakowych trwała, kiedy pojawiły się naleśniki. Przymknięte oczy na chwilę otworzyły się szeroko, bo widok był okazały i cieszył. Bardzo dobre ciemne ciasto, zioła zachęcały, a sos smakował poprawnie, choć nie tak jak ten „księżycowy”. Głód znikał przyjemnie, choć nie cały.

Tego dnia szukaliśmy aniołów, udało się nawet sfotografować ślady ich stóp. Było też rozanielenie – przyszło do mnie w jego spojrzeniu, juz przy pierwszym kęsie naleśnika z dżemem figowym i likierem. To był dobry dzień.

 

On

Tego dnia zupą dnia była cytrynowa. Od Wisły wiało, więc jej pikantny smak był w sam raz. Smakowała mi tak, że skuszę się jeszcze nie jeden raz.

Jeśli idzie o naleśniki, to bywają dobre, bywają też nierówne. Największą wadą bywa to, że dość szybko stygną. I tak było i tym razem. Czy to wina niepodgrzanego talerza czy naleśnika podgrzanego w mikrofali - nie wiem. Brak ciepła zrekompensował mi wytworny smak dżemu figowego. Słodko mieszało się z gorzkim, łyk tokaju jeszcze dodawał potrawie szlachetności.

Lubię tam jadać naleśniki gryczane, te z pleśniowym serem i ziołami. I ważne, nigdy nie lubię jadać ich sam...

20:28, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 16 kwietnia 2007

Kuchnia: domowa. Alkohole: piwo. Extra: Dookoła las. Rezerwacja: tak. Ceny: 10 - 20. Sala dla niepalących: tylko dla niepalących (palenie poza lokalem). Miejsca: 40 w lokalu + 100 na zewnątz. Dzieci: brak specjalnych dań, można zamówić pół porcji. Godziny otwarcia: 10 do 20. Telefon: 0-15 872 31 05


Very specific type of polish cuisine, especially adored by men: meat and beer. Deep down in a forest, in this wooden inn you can come across Polish, Germans, Hungarians, profesors and truck drivers unified by the taste for ribs, saussages and knuckle. The best knuckle in the region by the way. The main dineing-hall has a fireplace and a grill. Upstairs there is a smaller chamber, perfect for a business dinner.


Ona:

Tej wiosny wyjątkowo ciągnie mnie do lasu, więc pewnie niedługo się tam wybiorę. Przyznaję szczerze - odstrasza wizja golonki, ale On namawia na delikatne żeberko. Co jeszcze kusi? Zapach jałowca z leśnym grillem, serdeczność ciepła jak kominek i leśnego zacisza tęsknienie.
Leśne zacisze przy kominku wreszcie przydarzyło mi się pod koniec lata. Zajazd trochę się w lesie chowa (i zaprasza do schowania się razem z nim), ale na trasie są znaki informujące o tym, że jedzonko już blisko, wystarczy tylko zauważyć. To bardzo ciekawe miejsce - wnętrze trochę myślliwskie, ale sympatyczne, na ścianie rozpłaszczony borsuk, a huba czai się obok stolika. Na zewnątrz lasu dużo, jeżyny i wiewiórki, a w środku kierowcy, delegaci, mama z dwumetrowym synkiem, pan z panią i rodzinka z kuzynką. Nawet Brazylijczyk z Paragwajczykiem tu się spotka, a wszystko przez serdeczny uśmiech Pana gospodarza-legendy i podawane przez niego pyszne mięsko.

Na początek były flaczki - zajazdowe, porządnie doprawione, nietłuste i dobre, choć cała porcja to tylko na chłopski rozum. Później do wyboru: pysznie przydymione żeberko na przykład z mocnym chrzanem (cudo!) albo golonka - słona, chuda, z dymem i ogóreczkiem, naprawdę smaczna i moja pierwsza w życiu. Może być też żurek, kiełbasa, rosołek, a potem koniecznie herbata w szklance. Ale dobre, golonka już mnie nie straszy i zwyczajnie chce się wracać.
On:
Mekka dla miłośników golonki, żeberek i leśnych aromatów. Pamiętam, gdy w leśnym zakątku był tylko ogrodowy kominek, na którym piekły się aromatyczne kiełbaski. Pan Adam Rożek, gospodarz leśnego grilla rąbał drzewo, dorzucał jałowca i serdecznie uśmiechał się do ludzi.
Teraz w tym miejscu jest drewniany zajazd, w którym przez cały rok płonie kominek. Z daleka pachnie żeberkami, które rozpływają się w ustach. Golonki pachną warzywami i rosołem, ich skórka rozkosznie chrupie i kusi leśnym dymem. Kiełbaski też są, tak jak i żurek plus esencjonalne flaki.
Kto tu jada? Kierowcy tirów i profesorowie kilku lubelskich uczelni. Lekarze i księża, nauczyciele, robotnicy, dziennikarze - których łączy jedno: miłość do chrupiącej golonki. Jak pana Adama poprosić, to kociołek pełen warzyw z kiełbasą na ognisku przygotuje, a nawet karpia na grillu upiecze. Jada się dużo, smacznie i tanio. Potrawy doprawione są serdecznością, aż chce się żyć...
Co warto zwiedzić?
W okolicach znajdziecie kilka miejsc do uczty duchowej. W osadzie Szklarnia unikalną ostoję tarpana - konika polskiego. W Kruczku - kapliczkę z cudownym źródełkiem, gdzie odpoczywał św. Antoni w drodze z Leżajska do Radecznicy. Warto wstąpić do Momot, żeby zobaczyć zabytkowy kościółek zabudowany i wyrzeźbiony przez księdza Kazimierza Pińciurka. Zamyślić sie przed cudownym obrazem Madonny w sanktuarium janowskim i poszukać w pobliżu cudownego źródełka Jeśli dodać do tego zalew koło Janowa, mistrzostwa Polski w zbieraniu grzybów i słynny festiwal kaszy gryczanej - to warto usiąść przy kominku.
22:22, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30