restauracje

środa, 27 sierpnia 2008

 

Kuchnia: zimna golonka, gorące placki, polska rzeczywistość. Buu. Extra: brak. Alkohole: piwo, ekskluzywne wina. Ceny: 12-25. Sala dla niepalących: tak (bardzo duża, choć nie zawsze zakaz palenia jest przestrzegany) Miejsca: 150 (z tarasem). Dzieci: specjalne dania. Godziny otwarcia: 10 - 22. kontakt: 081-501-45-78


Ona: 

Duża sala, głośna muzyka... nawet drewniany wystrój nie pomógł w ociepleniu tego miejsca, więc na pewno nie jest dla tych, którzy szukają przytulnego kącika. A dla kogo jest? Dla kogoś, kto lubi słuszne porcje polskiej kuchni. Dla kogoś, komu nie przeszkadzają oklapnięte sałatki. Pewnie też dla turystów, którzy bardziej cenią widoki Nałęczowa niż jego smaki. Dla mięsożerców - smaczne pipki (żołądki), befsztyk, stek, schabowy, golonka, świeżonka, nawet dzik. Dla wegetarian - pierogi, opiekane ziemniaczki, ryby (może halibut z masłem czosnkowym?) i sałatki, ale tu uwaga, mogą być nieco "przygnębione".

A jak to było? Środek tygodnia, wieczór, pusta wielka sala, ale i tak trzeba było poczekać na zainteresowanie ze strony obsługi. Na początek zamówiliśmy porcję placków nałęczowskich i zupę borowikową. Jedno i drugie było smaczne, ale bardziej polecam placki - wielka porcja, sos kurkowy ujdzie, a same placki chrupiące i ziemniaczano-marchewkowe. Ciekawy pomysł, proste i dobre. Przybrane suszonymi płatkami.

Zachęceni dobrym początkiem i winogronami w kapuście zamówiliśmy jeszcze golonkę. No dobrze, Jego to pomysł. Wreszcie doczekałam się tego dnia uśmiechu na jego twarzy, miło było popatrzeć, nawet przez chwilę miałam wrażenie, że oklapnięte, ledwo ciepłe warzywa też się przy tym uśmiechu ożywiły. A potem golonka: mój pierwszy kęs... zimne? Jego trzeci kęs: zimne! Ogólne wrażenie: patrz niżej.

Ech, szkoda mi tylko tego uśmiechu...

On:

Najpierw zachciało nam się kawy. Nałęczów, espresso, potem spacer. I karczma za dworcem. W stylu "Chłopskiego jadła". W środku kamień, drewno, duża hala, i palacze w sali dla niepalących. Zero zainteresowania obsługi. Na pytanie czy tu samoobsługa - obruszona kelnerka podała kartę. W karcie spory wybór, jadłospis jak w "Przepióreczce".

Zamówliliśmy borowikową. Duże kawałki grzybów, kluseczki, gęsto, dobrze. I tanio. Naszą uwagę zwróciły ziemniaczane placki. Po nałęczowsku. Z kurkami. Sporządzone z grubo tartych ziemniaków i marchewki. Bardzo smakowite. Może jedne z lepszych na Lubelszczyźnie.

Na deser nakusiłem się na golonkę. Z kapustą na winogronach. Dokusił mnie kelner. I umiarkowana cena. Kelner zapewnił, że tańsza niż u mistrza Czernieca w Wojciechowie i generalnie - dobra. Ona przyniosła sałatki i warzywa z pieca. Chłodne, wyglądały, jakby tego wieczoru czekały na swój pogrzeb. Za 10 minut kelner z dumą wniósł golonkę. Spróbowała Ona. Zimne - skrzywiła się w moją stronę. Spróbowałem z drugiej strony. Gorące. Patałach kucharz kiepsko ją podgrzał. Z lenistwa nie obrócił. Z gorącej strony dało się zjeść. Ale golonka była bez smaku. Kucharzu - do szkoły. Dwója.

Podsumowanie:

Błędy i wpadki zdarzają się każdemu. Na razie jedna gwiazdka, placki ziemniaczane znakomite.

23:14, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 21 lipca 2008

Kuchnia: wschodnia. Extra: brak. Alkohole: piwo. Ceny: 10-20. Sala dla niepalących: tak. Miejsca: 40 - 50. Dzieci: specjalne danie brak. Godziny otwarcia: 10 do późnych godzin nocnych.

The name suggest something oriental. Is it? Sure, as oriental as a microwave can be. They tempt you with low prices and spicy sauces or with original kebab but all you get is some overdone piece of meat. Even a simple salad doesn't taste very well. Right, the food is a matter of taste... however, dirty walls - it's a fact.


Ona:

Póki co, nie przyjęłam zaproszenia, bo jedzenie jest z mikrofali. Zobaczymy, co powie On.

On:

Do tego miejsca podchodziłem trzy razy, skuszony opinią, że dają tam dużo i tanio. Za pierwszym razem wziąłem pikantne mięso z ryżem. Wszystko było dobrze, dopóki moje danie nie pojechało do mikrofali. Niby było dużo i gorąco, ale w połączeniu z niedobrą sałatką - wyszło takie sobie.

Odpuściłem sobie na kilka tygodni. Podszedłem drugi raz. Głód pokonał wspomnienie pierwszej wizyty. Kelnerka skusiła mnie na ostry sos i mięso z ryżem. Sos był ostry, zabił smak mięsa, surówka znów niedobra.

Mówi się, że do trzech razy sztuka. Zaszedłem tam dziś. Kelenerka skusiła mnie na kebab. Mięso piekło się na opiekaczu, pomyślałem, że przynajmniej zjem coś świeżego. Jak przyszło co do czego, kelnerka nałożyła już wystygnięte skrawki, odpoczywające na talerzu. Poprosiłem o pieczone ziemniaki w skórce, wyglądały na chrupiące. Po wyjściu z mikrofali - jedzenie okazało się porażką. Kawałki kurczaka były spieczone i twarde, ziemniaczki wołały o pomstę do nieba. Sałatka - szkoda gadać. Za 13 złotych - byle co z mikrofali. Wyszło na to, że tanie mięso psi jedzą. W dodatku na ścianie, przy której siedziałem - czaił się brud.

Porażka, porażka, porażka. A przecież orientalne smaki potrafią zwalić z nóg.

21:36, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (14) »
niedziela, 29 czerwca 2008

Kuchnia: Najlepszy schabowy w Lublinie, polska. Extra: schabowy gigant. Alkohole: piwo. Ceny: 10-20. Sala dla niepalących: tak. Miejsca: 60. Dzieci: specjalne danie. Godziny otwarcia: 9-20. Telefon: 0-81 503 23 20 , www.sasbar.pl


Delicious and huge "schabowy" (the famous polish pork chop), here available also in a version called "sombrero". Always fresh meat and vegetables, prepared with care by local housewives. Simple, tasty and home-made polish cuisine.

A few weeks after: watch out! This time the meat wasn't that fresh and probably fried in some old oil.


Ona:

Na dole sklep, pod którym można spotkać nieco "wczorajszych" i bardzo rozmownych tubylców, obok fryzjer z paniami w czarnych fartuchach, tory, przejazd, w chaszczach ukryty piękny dworek... a na górze bar. Z klimatyzacją. Bar po drodze. Nie ma lepszego miejsca dla zgłodniałych.

Na początek świerzonka - zaryzykowałam po nieciekawych doświadczeniach w jednej ze starówkowych restauracji. Mięsko było bardzo dobre. Z cebulką, miękkie, soczyste, palce lizać. Idealnie doprawione, czyli prawie bez przypraw, jedynie trochę pieprzu. Potem wyjadłam Mu z talerza część kaszy gryczanej i była to najlepsza, jaką jadłam(mmm). Można śmiało następnym razem zamawiać wielki talerz kaszy, delikatnie okraszonej.

Podczas kolejnej wyprawy On nakusił mnie na gołąbki. Poprosiłam bez sosu, bo jak są dobre, to właśnie takie lubię najbardziej. A te, nie dość, że były dobre, to jeszcze wyjątkowo mięsne. Co do tego? Koniecznie zestaw surówek. To dość prosty wybór, ale niestety ryzykowny w wielu restauracjach, bo często warzywa wyglądają, jakby zwiędły na tydzień przed podaniem. Nie tutaj. Znowu rewelacja - proste, świeże, domowe i pyszne surówki. Niech inne się schowają.

A najlepsze było to, że On dwa razy zabierał mnie tam, aby poprawić mi nastrój i podnieść na duchu i za każdym razem ten cel realizował. Najpierw był jego uśmiech.

On:

Malownicza restauracja przy przejeździe kolejowym w Kozubszczyźnie, parę kroków dalej znajduje się jeden z najpiękniejszych dworców kolei nadwiślańskiej na Lubelszczyźnie. Kozubszczyzna słynie z zabytkowych samochodów pana Milczka, cudownego źródełka i schabowego w barze (restauracji) Sas.

Byliśmy tam dwa razy. Skusiłem ją na forszmak, zawiesisty, mięsny, pikantny, za którym przepadam. Na drugie zaleciłem Jej świerzonkę, która w tym lokalu jest popisowa (nie mylić z partią). To cudowne mięsko z cebulką, odrobiną pieprzu. Jak jej smakowało, wyżej. Ja zamówiłem schabowego z ziemniakami i surówką. Jadam tu schabowe od kilku lat. Zawsze nienagannie świeże mięso, dobrego gatunku, super panierka i świeży tłuszcz do smażenia. Największym hitem jest schabowy "Sombreo". Jest tak wielki, że zakrywa cały talerz.

Przy drugiej wizycie zamówiłem schabowego po lubelsku. Z jeszcze lepszą panierką, jeszcze bardziej chrupiącego. Ona zamówiła gołąbki z młodej kapusty, które jej podjadałem. Wielką zaletą Sasu są świeże surówki, robione na bieżąco. Duża radość. W Sasie opanowali też do prefekcji sztukę podawania kaszy gryczanej ze skwarkami. Często jadam ją ze schabowym. Palce lizać.

Reasumując: Przyjazne ceny, dobra kuchnia i fakt, że z centrum Lublina jedzie się samochodem parę minut - sprawiają, że często można spotkać tu znanych Lublinian. Od muzyków znanych zespołów, przez polityków i lekarzy, którzy zajadają się schabowym razem z mieszkańcami gminy Konopnica. Pamietajcie, za kościołem w Konopnicy skręt na Opole Lubelskie, 2 km prosto i w lewo na przejazd. A tam schabowy z ziemniakami i surówką za 12.50...

Errata (niestety)

Ona:

To trochę jak z obietnicami mężczyzny... Już myślisz, że możesz na nim polegać, a tu zonk. Tym razem moja pysznaa kasza wcale nie była taka pyszna - raczej sucha, a chrupiący sznycel może i był chrupiący, ale na pewno smażony na nieświeżym oleju. Na pocieszenie: surówki znów dobre.

... Jednakowoż, dwa razy później zestaw schabowy+surówki+kasza sprawdzał się znakomicie.

On:

Nic trzy razy się nie zdarza. Zachciało nam się obiadu w Sasie. Była 18. Zamówiłem swoją świerzonkę. Z kaszą gryczaną. Pierwszy kęs? Polowa mięsa świeża. Połowa spieczona i niedzisiejsza. Kasza też nie za świeża. Ona zamówiła sznycel w płatkach kukurydzianych. Podebrałem kawałek. Od razu wyczułem stary tłuszcz. Mało tego, z kaszą było coś nie tak. Nieświeże, byle jak. Fuj!

21:02, kulinarnylublin , restauracje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 stycznia 2008

 

Kuchnia: Polska z klimatami z powieści Singera. Extra: koncerty, imprezy (także dla dzieci), catering, przetwory. Alkohole: wszystkie. Ceny: 5-50. Sala dla niepalących: tak. Miejsca: 160. Dzieci: brak specjalnych dań, ale do każdego obiadu rodzinnego dzieci mają lody gratis. Godziny otwarcia: 11-23 . Telefon: 0-84 686 01 18, 696 490 881  www: www.sitarska.pl

Fine polish menu, with some international ideas. Great pierogi, good lunch menu, tempting desserts and the legend of Isaac Bachevis Singer around.

Ona:  

Najpierw nasłuchałam się dużo o źródełku Magdaleny, potem o tradycjach sitarzy, później były ogródki i zieleń z opisów Singera. I w końcu restauracja, którą wskaże każdy mieszkaniec Biłgoraja. Nic dziwnego, bo dzięki staraniom pana Grzegorza Borowego chce się wejść, otworzyć kartę i poczekać na pyszności.  

Na początek te małe, jak rewelacyjne grzanki z olejem dyniowym. Albo bliny gryczane, które w Sitarskiej jadłam pierwszy raz. Tak samo pyszne z kawiorem jak i ze zwykłą, dobrą śmietaną. Na pewno po ten smak wrócę. Wiem też, że na pierogi do Sitarskiej mogę jechać z każdego miejsca na Lubelszczyźnie – po prostu rewelacyjne. Nawet te z kapustą (za którymi normalnie nie przepadam), moje ulubione ze szpinakiem i sosem serowym, a także nowość – pierogi z sarniny. Zajadaliśmy. On siedział wtedy naprzeciwko. Pomrukiwał z uśmiechem. Mmmm… 

Wracamy do karty, ale jeszcze nie po deser (chociaż mleczne „szejki” i lody z ciepłym sosem kuszą od początku). Co by tu… Wątróbka? – zapytał On. Nie, przecież nie lubię. A jednak. Jeśli jest gęsia i przygotowana w Sitarskiej przez pana Romualda Winiarczyka to naprawdę smakuje. A do tego własnej roboty mus malinowy. Miłe połączenie. W karcie, jednym z dobrych pomysłów są także przedobiadki – codziennie inny zestaw z domowej kuchni w cenie, o jakiej w Lublinie można tylko pomarzyć. I mnóstwo przekąsek, w sam raz na różne zachcianki.  

A co do zachcianek, Sitarska ma może pochwalić się kilkoma ciekawymi deserami. Warto sprawdzić, chociaż wizja dokładki blinów czy pierogów na deser też jest kusząca. Na koniec wybraliśmy sorbet cytrynowy, był delikatny, aromatyczny i naprawdę owocowy. Trzeba było wracać. Droga kołysała. Jak przytulnie…

On:

Czy w restauracji może być domowo? Robert Makłowicz twierdzi, że domowo jest w domu. A nie w restauracji. Kiedy spróbowałem w Sitarskiej pierogów, domowo było. Takich pierogów z kapustą i grzybami poza moim rodzinym domem i Sitarską nigdzie nie jadłem.

Ale od początku. Na Biłgoraj wyprawiliśmy się po drodze do Tarnogrodu. Chciałem zabrać ją do kościoła, żeby napatrzyła się na obrazy Tintoretta. Taka wycieczka wymagała restauracji z klasą. O wyborze Sitarskiej zdecydował także mój sentyment do sitarzy. I powieści Singera. W dodatku w "Sitarskiej" bywa rewelacyjna muzyka na żywo, doradcą bywa tu także dr Grzegorz Russak, wielki admirator staropolskiego jadła. I jego rękę w kuchni widać. W Sitarskiej można zjeść tak, jak jadano w polskich dworach. Szlachetne wątróbki gęsie w malinowym sosie - są tego dowodem. W kuchni używa się wyselekcjonowanych przetworów.

Dużo dobrego ma tu do powiedzenia młody właściciel Grzegorz Borowy, który wprowadza do karty takie cuda jak grzaneczki skropione olejem dyniowym, posypane pestkami dyni i zapieczone pod parmezanem. Cudo. Najpierw zjedliśmy po śledziu. Z olejem, tłoczonym ręcznie według dawnego sposobu. Pycha.

Ale dobre miało dopiero nastąpić. Bliny gryczane będące ozdobą kresowych domów - rozczuliły mnie na całego. Z domowych zup jak wybrałem sobie kapuśniak po biłgorajsku. Wiedziałem, co robię. Za 7 zł dostałem michę pachnącej, gęstej zupy. Lekko kwaskowatej, pachnącej rosołowo, z kawałkami mięsa. Znów odezwały się sentymenty z dzieciństwa. Jakie to było dobre.

Było dobrze. Wędrowałem po karcie. Moje serce rozdarte było między tradycyjnym schabowym z kapustą, comberkami jagnięcymi i wołowiną w sosie chimichurri. Wygrała ciekawość. Jak polski kucharz zrobi najsłynniejszy argentyński sos na bazie oliwy, pietruszki, czosnku, który nadaje mięsu cudowną kruchość i  ma tą zaletę, że w cudowny sposób "niszczy tłustość mięsa". Sos wyszedł mu świetny, gorzej było z kawałkiem argentyńskiego rostbefu. Mógł lepiej rozpływać się w ustach. Dla mnie wzorcem jest tu młodziutki kucharz z lubelskiej Tamara cafe - którego wołowina po burgundzku śni mi się po nocach. Następnym razem zamówię sobię w Sitarskiej kaczkę z jabłkami.

Na deser zamówiliśmy sorbet cytrynowy z ajerkoniakiem. Delikatny, cytrynowy, pachnący. Idealne uzupełnienie obiadu i zapowiedź słodkiego wieczoru. Obiecaliśmy sobie, że wpadniemy tu, kiedy będzie dobry jazzowy koncert. Albo kino. Bo Sitarska ma to do siebie, że co raz zamienia się w salę koncertową, gdzie na przykład można posłuchać Krzesimira Dębskiego, albo stylowe kino.

21:33, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 grudnia 2007

 

Kuchnia: super ryby, steki, meksykańskie smaki, międzynarodowo. Extra: sala muzyczna, galeria, catering. Alkohole: wszystkie. Ceny: 10 - 100. Sala dla niepalących: tak. Miejsca: 96 (50 + sala bankietowa na 46 osób). Dzieci: specjalne dania, w niedzielę gratis. Godziny otwarcia: 10-20. Telefon: 0-81 534 88 20, 0-81 743 71 27. www: www.oldpub.pl

It is said that Old Pub is one of the restaurants most visited by foreigners. Probably because of it's international cuisine, it might be also because of the 'art nouveau' decor. Facts: if you order combo fajitas, you know it's really fajitas. Duck, shrimps, sophisticated fish or meat dishes don't seem to be a problem for the chef. As well as polish cuisine, less typical and more refined though.


 

Ona:

 

Już dawno słyszałam o meksykańskiej kuchni w Old Pubie. I nic. Słyszałam o wykwintnych rybach. Też nic. Dopiero barszcz i uszka przed Wigilią mnie skusiły. I dobrze.

 

Eleganckie, ciepłe wnętrze kusi Gaudim i zapowiada coś niezwykłego na talerzu. Na przykład zupę szmaragdową... Wygląda interesująco i faktycznie szmaragdowo, a smakuje delikatnie - aksamitny krem kawałkami wędzonego łososia, a do tego przepiórcze jaja. Albo pomarańczowe naleśniki z kaczką. Nietypowe połączenia, które świetnie się uzupełniają, bywa że zaskakują, a na pewno tworzą wielowymiarowy smak potraw.

 

Kiedy zachwycałam się szmaragdowym kremem, On podsunął mi łyżkę z żurkiem na borowikach. Aromat mocny, a smakowało jeszcze lepiej. Potem przyszedł czas na podejmowanie decyzji. On dał się skusić na aromatycznego okonia morskiego, a ja tamtego dnia potrzebowałam dużo ciepła, więc poprosiłam o coś z kuchni meksykańskiej. To był taki dziwny dzień, że najchętniej schowałabym się gdzieś daleko, dlatego długo błądziłam po karcie i nagle przypomniało mi się, że „el luna es del queso”- tak o Księżycu z sera mówił czasami mój nauczyciel do nieobecnych myślami studentek, więc mój wybór padł na quesadillę. Przyrządzona starannie po meksykańsku, tyle że z polskich składników (nie może być inaczej), więc dobra i poprawna. Salsa naprawdę dodała mi ciepła, do tego kojąca śmietana i mięsko w chrupiącej tortilli. „Raz na pół roku można zjeść” – powiedział On po skosztowaniu kęsa, który mu skomponowałam.

 

Nagle na talerzu obok zapachniało ziołami. Pojawiła się delikatna ryba. No tak, On znów wybrał lepiej. Dlatego właśnie, kiedy przyszła pora deseru. zdałam się na jego wybór. Mmmm... skwierczące krewetki. W końcu ciepło. I uśmiech.

  

On:

 

W Old Pubie mam słabość do sali muzycznej, gdzie na ścianach wiszą instrumenty. Dużo ciepłych kolorów, odcienie złota, schodki i zaułki sprawiają, że to dobre miejsce dla romantycznych wytchnień. Poszliśmy tam w kończącym się roku, bo Ona lubi meksykańskie jedzonko. Ja lubię rydze z patelni – które są wyśmienite. I gęsie wątróbki z konfiturą jeżynową. Zwolennicy porządnych steków znajdą tu T-Bone Stek – duża przyjemność.

 

Kiedy Ona zamówiła wytworną zupę, ja zażyczyłem sobie ciemny żur grzybowy. Mocny, przaśny, rozgrzewający. To najlepszy żur w Lublinie. Zjadłem dwie porcje z kociołka. Trzeba było odpocząć.

 

Na drugie wybrałem rybę. Wcześniej jadłem już doradę z warzywami, którą Marek Kulpa, szef kuchni robi tak jak trzeba. Teraz skusiłem się na okonia morskiego pieczonego w całości w sosie rozmarynowym z suszonymi pomidorami. Kęs za kęsem smakował coraz bardziej. Okoń nie miał ani jednej ości, miał za to dobre mięso. Z sosem rozmarynowym był coraz lepszy.

 

I przyszedł czas na deser. Zamiast tiramisu albo innych słodkości zamówiliśmy sobie królewskie krewetki z rusztu podane na patelni. Pachniały, skwierczały, smakowały. I znikały jedna za drugą. Uczta była królewska. Ona mrużyła oczy i znów mruczała kochane Mmm...

W Old Pubie jest drogo. Ale raz na jakiś czas warto wybrać się tutaj dla wykwintnej kuchni. Jest jeszcze coś. Kamienica, w której mieści się ta trochę baśniowa restaurcja ma niezwykłą historię i legendy w tle. Już w 1635 roku istniała tutaj winiarnia należąca do Agnieszki Piotrowszczykowej, żony Ławnika koronnego. W okresie międzywojennym mieściła się tu także herbaciarnia. Idealne miejsce na romantyczną randkę, wytworny obiad, biznesową kolację czy rodzinne biesiadowanie.

04:20, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 listopada 2007

 

Kuchnia: Jak z bajki  PRL, polska, domowa. Extra: potrawy na wynos, catering. Alkohole: wszystkie. Ceny: 10 - 15. Sala dla niepalących: tak. Miejsca: 170. Dzieci: można zamówić pół porcji. Godziny otwarcia: 10-20. Telefon: 0-604 452 145.

This place looks exactly how it used to in the socialist Poland: a local restaurant with good soups and the best pork chop in the Lublin region. A lot, tasty and cheap :)

Ona:

Już po pierwszych chwilach w oddzielnej części dla niepalących zrozumiałam, dlaczego można być fanem Stasia i dlaczego w Tarnogrodzie jest tak, że do Stasia przychodzi się po same dobre rzeczy. Koniec deszczu ze śniegiem, słońce ogrzewało parapet, a nas rozgrzewał pyszny żurek - taka dobroć z jajkiem na dnie miseczki. Uśmiechało się samo i było tak dobre, że On nie jeżył się na mnie już do końca następnego dnia.

U Stasia zupy gotuje się codziennie, tak żeby było na pokrzepienie dla każdego - i to dosłownie dla każdego, bo zupę dnia można spałaszować już za 2,50zł. Można też zamówić to, czego nie ma (nawet krwawą Merry :), ale przecież i tak jest dużo, a to, co jest, opiszę krótko: To naprawdę dobra kuchnia. Się wie od razu, po pierwszym kęsie schabowego, prawdopodobnie najlepszego na Lubelszczyźnie. Obowiązkowo są pierogi i pieczeń, a zawijaski też dobre. Wszystko idealnie na przekór diecie niełączenia czyli tak, jak powinno być na polskim domowym stole. A jakie kluseczki do tego schabowego...

On:

Takie knajpy powoli znikają z pejzażu. Kiedyś była tu restauracja made in GS (Gminna Spółdzielnia). Czar geesowskich knajpek uwielbiał Kazimierz Grześkowiak, żadnej na Lubelszczyźnie nie przepuścił. Stanisław Bukowiński, zwany w Tarnogrodzie Stasiem lub Szeryfem - wziął od GS-u lokal, nazwał go "U Stasia" i sam stanął za kuchnią. Jestem fanem "Stasia", z przyjemnością zabrałem Ją na schabowego.

Zaczęliśmy od śledzika. Jak chłopy obok. Kiedy tylko odszedłem, podszedł jeden z nich i powiedział: Pani jest taka piękna, cudowna, że ech... Ale u Stasia jest bezpiecznie. Zachwycił się Jej urodą i odszedł grzecznie. Zamówilem flaki i kapuśniak, Ona miała chęć na wiejski żurek. Ona ma teorię, że na zimę trzeba się omisiować. Czyli nabrać sadełka. Flaki były lux, kapuśniak przypomniał mi rodzinny dom z Galicji. No tak. Pan Stasio jest z Galicji.

Na drugie zamówiłem potężnego schabowego. Ona schab po hetmańsku. Zawinięty rozkosznie z czosnkiem i serem żółtym. Jak jej smakował. A mój schabowy. Rewelacja. Brakuje słów. Jak na schabowego to tylko do Stasia.

Podjadaliśmy, Szeryf opowiadał, jak sobie po Tanwi pływa kajakiem. I że w jego restauracji jest jak przy konfesjonale. Sadełko się wiązało leniwie, Ona mrużyła oczy i mruczała to swoje kochane Mmm..

Podsumowanie:

Knajpa prima sort. Dobrze, tanio i z charakterem. A te klimaty dawnych misateczek...

05:48, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 listopada 2007

Kuchnia: Swojskie klimaty, polska, domowa i PRL-u czar. Extra: potrawy na wynos. Alkohole: piwa. Ceny: 10 - 20. Sala dla niepalących: nie. Miejsca: 80. Dzieci: specjalne dania. Godziny otwarcia: 9-20, 9-17. Telefon: 0-691 090 185.


Enterring this place is just like turning back the time. A simple lunchroom with simple polish dishes, some of them very famous but hard to find anywhere else. You may like the ‘decor’ or not but this is a part of polish history. A part of reality taken out straight from the 70/80’s.


Ona:

Stołówki czar... odżyły wspomnienia z wakacji w Rabce, tak było 20 lat temu! W aptece jest smacznie i sentymentalnie, a w karcie (a raczej na tablicy :) różnorodnie.

Duży wybór zup: grzybowa, pomidorowa, żurek czy stołówkowa szpinakowa, schab na wszelkie możliwe sposoby (od paryskiego po kaszubski, jest też z diabełkiem), wątróbka, mielone, kluski leniwe, a nawet pieczeń w szarym sosie. Potem ryby: smażone, gotowane, filety, karp, sola, pstrąg, łosoś, panga... podobno nawet lin w śmietanie (a to już kultowe), halibuta jednak nie polecam.

W ciemno można zamawiać wszelkie pierogi – ruskie, szpinakowe, jaglane, z kapustą – dobre nawet w domu i z lodówki. Na koniec mięta i świeży kompocik. Koniecznie.

On:

Coraz mniej na Lubelszczyźnie sentymentalnych miejsc. Nie ma już Berensa. Ani geesowskiej knajpy w Sadurkach, gdzie można było zjeść rumsztyk z cebulką albo nerkę w śmietanie.

Całe szczęście, że kilka kultowych miejsc jeszcze zostało. W tym Stara Apteka w Nałęczowie. Z zewnątrz niepozorny budynek, wewnątrz jak w stołówce, gdzie króluje zapomniany bufet.

Wpadliśmy tam na chwilę. Hitem w karcie są pierogi. W tym moje ulubione staroruskie zwane także starodawnymi ruskimi. To pierogi z kapustą i grzybami oraz jajkami na twardo. O cebulce nie wspomnę, skwareczki też uroku dodają. Po porcji pierogów zachcialo mi się pieczeni wieprzowej w domowym sosie. Podjadałem i pod powiekami stawał mi obraz domu, niedzieli i takiej pieczeni z kopytkami. Bardzo dobre.

Na odsapnięcie popiłem czerwonego barszczyku i zabrałem się za kawał schabiku z boczkiem. I znów domowy smak. Esencja, w której na pierwszy plan wychodzi na języku smak świeżutkiego mięsa - i nie trzeba go zabijać mieszanką przypraw, maggi i innych wynalazków.

No i te ceny. Już takich nie ma:) Jeśli chcecie dobrze, dużo, smacznie zjeść - Stara Apteka jest dla was. A kto jest estetą, musi sobie poszukać wytwornego lokalu. Zje mniej ale drożej i nie zawsze tak smacznie.

20:27, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (11) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30