restauracje

czwartek, 03 marca 2011

Wkrótce znów wyruszymy w kulinarną podróż na Polesie i ...

Po nieobecności musiała przyjść obecność, bo życie nie znosi próżni. Dostaliśmy wiele maili, żeby kontynuować podróż po Lubelszczyźnie. Z większym naciskiem na to, co w danym miejscu poza smakowaniem przy stole może się zdarzyć.

Do opisu poszczególnych restauracji dodawać będziemy zabytkowe miejsca i ciekawostki, wybierając te, w których można naładować akumulatory i odsapnąć od zgiełku.

Serdecznie pozdrawiam sympatyków Kulinarnego Lublina. On.

07:40, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (7) »
niedziela, 21 czerwca 2009

Kuchnia: polska, domowa. Extra: organizacja przyjęć. Alkohole: wszystkie, a także wino z beczki. Ceny: . Sala dla niepalących: cały lokal. Miejsca: 36, ogródek. Dzieci: można zamówić pół porcji. Godziny otwarcia: . Kontakt: .

 


 

Cosy wooden cottage on the way Lublin-Zamość. Small garden, trees, jasmin bushes and polish home-like cuisine. Fresh soups (we recommend żurek), knuckle and potatoe fritters with souce for hungry drivers. What we found the most interesting was a kind of fricasse made from letil. A dish that used appear often on the tables of polish nobelty.

 


 

Ona:

Stoi przy drodze i wygląda trochę jak chatka z bajki. Drewniana, wśród drzew, z okiennicami, ogródkiem i kotem. Takim, co myje się na ganku i pręży na oknie. Jadąc "do" wstąpiliśmy na smaczny, domowy żurek, ale postanowiliśmy zajrzeć do Rzymu również w drodze powrotnej.

Dużo słyszałam od Niego o szlacheckiej potrawie - soczewicy podawanej w Rzymie, więc od razu chciałam spróbować. Dobra była, ale zmartwiona trochę przebywaniem w zamrażarce, a potem w mikrofalówce. On trafił lepiej, bo żeberko dostał delikatne, miękkie i bardzo ziołowe. Dobrze, że powolił podjadać.

Drugi wybór nie był już tak prosty. Myślałam o rybie, ale nie był to akurat dzień świeżej dostawy. Diabelski placek z mięsnym sosem wyglądał ładnie i okazale, ale akurat tego dnia mnie nie kusił. Podobnie jak golonka w ciemnym piwie i z czosnkiem, ani świeżonka, choć zapowiadały się aromatycznie. Po naradzie z szefową kuchni wybrałam wreszcie polędwiczki z fasolą. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie na widok zaledwie kilku ziarenek fasoli schowanych w sosie. Okazało się, że akurat wtedy fasolka po prostu się skończyła. Braki mógł nadrobić dobry, specjalnie dla polędwiczek przygotowany sosik, gdyby nie pachniał aż tak bardzo popularną, sztuczną przyprawą. A polędwiczki? Jedna trochę do żucia, drugą trudno było przekroić. Wniosek: idea dobra, ale szkoda, że odgrzewane.

Naprawdę dobre przyszło na deser: racuszki jabłkowe z cynamonem, jedzone wśród jaśminów i wiosenna burza. No i kocie tulenie.

Duży plus: przyjemnie zaskoczyła mnie kawa. Poprawnie zaparzone espresso niezłej jakości, podane z małą czekoladką. Uwaga, cena to połowa tego, co w lubelskich kawiarniach.

On:

Czasem powroty do ulubionych miejsc bywają bolesne. Wiele opowiadałem Jej o soczewicy po szlachecku. To staropolskie danie zawsze w Rzymie mi smakowało. Niestety - zamiast ideału na stole pojawiła się zmaltretowana w mikrofali soczewica. Znacie to uczucie, dużo mąki na zageszczczenie potrawy i klajster na talerzu.

Humor poprawiły mi żeberka w bardzo domowym sosie. Z lekkim aromatem cebuli, rosołu były harmonijnie doprawione i byly to jedne z lepszych żeberek jakie ostatnio jadłem.

Polędwiczki z fasolą, które Jej podjadałem zapowiadały się na pyszne danie. Ale mięso kucharka zbyt długo przytrzymała na talerzu. A fasolek było kilka. Tyle, co kot napłakał. Rozumiem przydrożne oszczędności. Ale nie aż tak.

Honor obiadu uratował placek po diabelsku. Choć zamówiłem połowę, to nieźle i w końcu smacznie podjadłem. Ale podsumowanie nie wypada na korzyść. Kilka lat temu w Rzymie jadało się doskonale, teraz sporo gorzej. A szkoda, bo chata wysmakowana, z boku podwóreczko z jaśminami, sentymentalny ogródek przed.

09:31, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (7) »
sobota, 11 kwietnia 2009

Kuchnia: swojska, polska, super ceny!. Extra: zawijas opolski, przytulny hotel na górze. Alkohole: wszystkie. Ceny: 10-15. Sala dla niepalących: Tak. Miejsca: 50, ogródek: 40. Dzieci: małe porcje. Godziny otwarcia: 10-21, Kontakt: tel. (081) 827 42 20


Traditional polish rustic and home-like cuisine. With huge amounts of food for hungry guys and delicate flavours fo girls. Worth tasting: herrings (hors d'oeuvre), carp in cream, 'zurek' (the soup), pork&mushroom wrappings and incredibly exquisite goose liver with peach.  Always fresh fish from local ponds. Always today's soup. 


Ona:

Długo czekałam na ponowną wyprawę do Opola Lubelskiego. Choć od tej pierwszej wyprawy i ja już inna, i On już inny, to ochota na coś dobrego pozostała ta sama. Weszliśmy do "drewnianego" wntętrza: półmrok, całkiem sympatycznie, ale wybraliśmy taras i siedzenie w wielkiej beczce po winie. Najpierw był tam "Tiger", a potem my. Długo spieraliśmy się o zawijasa - też chciałam zamówić, bo nos mi podpowiadał, że będzie dobre. W końcu poprosiłam o pstrąga, ale On obiecał złamać swoją żelazną zasadę i pozwolił mi podjadać ze swojego talerza.

Na początek jednak szczawiowa. Intrygująca niepewność. Niby wszystko jak trzeba, tylko skąd ten nadprogramowy smak? Potem okazało się, że dziś akurat rosołek był mocno selerowy i właśnie to zaburzyło mi szczawiowość. Dowód to jednak, że zupy zawsze są na dzisiejszym rosołku.

Ale co za dużo dywagacji, to niezdrowo, trzeba było zatem zapoznać się z zawartością wielkich talerzy, które z uśmiechem podsunęłą nam ciocia Irenka. Najpierw On odkroił mi starannie kęs zawijasa - dobre! może to i jadło chłopskie, ale dla głodnej dziewczyny też w sam raz. A teraz czas na mojego pstrąga. Ciocia Małgosia obiecała, że będzie czosnkowy. Trochę był (następnym razem poproszę o więcej czosnku), był też trochę vegetowy, a miejscami wcale nie przyprawiony. Polecam jednak szczerze. Przede wszystkim dlatego, że w Karczmie mają ryby z pobliskiej hodowli - są więc świeże, delikatne i bardzo zdrowe. Jak mój pstrąg z wielką porcją warzyw.

A na koniec desery były dwa. Pierwszy to szarlotka z ciemnym ciastem i bitą śmietaną, czyli niespodzianka od cioci Ani. Ale jeszcze większym zaskoczeniem były obłędne wątróbki gęsie z brzoskwiniami. Wyśmienite, godne najlepszej restauracji. Tak dobre, że On podsuwał mi kęski ze swojego talerza... mmmm...

A skąd te "ciocie"? Bo paniom z Karczmy Opolskiej tak dobrze razem się pracuje, że stworzyły jedną rodzinę. Wspierają się i mówią do siebie czule "ciociu". I nawet jak się nie ma z kim na spacer po Opolu pójść, to warto tu przyjechać dla serdeczności w Karczmie.

 

On:

Dziś takich restauracji już nie ma. Dlaczego? Bo kucharki gotują tam tak, żeby smakowało szefowi. A jak szefowi smakuje, to i gościom będzie. Karczma mieści się w piwnicach kamienicy stojącej w centrum Opola Lubelskiego. Sklepienia zabytkowe, podwórko z beczkami po winie, w których może wygodnie usiąść cztery osoby.

Zamówiłem flaki. Trafiłem. Smaczne, dobrze doprawione, gęste, zawiesiste. Takie, co to stawiają na nogi. Ona skusiła się na szczawiową. Spróbowałem. Na mocnym rosole z selerem. Jego aromat wybijał się na pierwszy plan. Na drugie wybrałem z karty zawijas opolski. Jest potężny. W środku mięsa kryło się pikantne nadzienie z akcentem na kiszone ogórki. Choć wolałbym z grzybów leśnych, to i tak jedzenie było świetne. Na deser była domowa szalotka. Wydawało się, że już nic nie dam rady zjeść, gdy w karcie dostrzegłem wątróbki gęsie w sosie brzoskwiniowym. Skąd tak luksusowe danie w Opolu Lubelskim? Wyszło szydło z worka. To ulubiony przesmak właściciela. Gęsie wątróbki były na szóstkę. Rewelacyjne. Ciężko opisać słowami to, co działo się na moim podniebieniu. Ona patrzyła, potem zaczęła podjadać. Już postanowiliśmy. Po świętach jedziemy na wątróbki.

W Karczmie Opolskiej jada się swojsko i bardzo tanio. Ciekawe, że codziennie spotkać tu można smakoszy z Lublina. O karczmie zwiedziała się Warszawa. Bywają tu politycy z pierwszych stron gazet, aktorzy i dziennikarze. Co jedzą? Śledzie, karpia w śmietanie, żurek opolski, zawijasa, schabowego na cały talerz i gęsie wątróbki. Co ich tu ciągnie? Swojskie klimaty, możliwość pogadania przy barze z miejscowymi, dobry hotel nad restauracją i wieczorny spacer po Opolu Lubelskim? Myślę,że wszystko po trochu. Ale domowe jedzonko przede wszystkim. 

02:02, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (6) »
niedziela, 15 marca 2009

Kuchnia: polska. Extra: karp w śmietanie. Alkohole: wino, piwo. Ceny: 10-20. Sala dla niepalących: Nie (!). Miejsca: 60 Dzieci: brak specjalnych dań Godziny otwarcia: 10-21, Kontakt: 0-81 827 31 76


It's the 16th century that made polish cuisine famous for the fish. It was a delicacy from the royal tables. Before the second world war, carp an tench in cream were served only in the best restaurants of Lublin. Nowadays, it is hard to find good and fresh fish in a restaurant. Rybacki Inn (fisher's inn), Zajazd Rybacki Pustelnia is an excellent exeption. Their carp in cream is classical for the best polish cuisine.


Ona:

Długo czekałam na tę wyprawę. Miasteczko, małe domki, las, pagórki, wąwozy, stawy, zdjęcia, błądzenie... Polecam w dowolnej kolejności, ale koniecznie z finałem w Zajeździe rybackim.

Na "dzień dobry" jest klimat gieesu, ale niech i tak będzie, bo przecież od razu wiadomo, że do tego zajazdu przychodzi się, by skosztować dobrej polskiej kuchni. A w karcie wybór naprawdę duży. Od świeżych ryb z tutejszych stawów po tradycyjne dania mięsne, jak zrazy czy flaki. Nęcił halibut, spróbowałabym pstrąga albo jesiotra... Dobrze, że idea była od początku jasna: karp w śmietanie.

Potrawa wręcz kultowa i bardzo trudna do wytropienia w dzisiejszych restauracjach. Zdecydowałam się na klasykę: bez ości, z frytkami i surówkami. No i pieczarki jeszcze. Było to tak dobre, że trudno opisać. Dziś, nawet w głębokim śnie, pamiętam jak bardzo mi smakowało. Cudo!

Próbuję czasem go nakusić na kolejną taką wyprawę, ale narazie bez skutku. Cała nadzieja w tym, że na tak dobrą kuchnię długo nie można pozostać niewzruszonym. (mmm...)

On:

W Lublinie nie ma gdzie zjeść dobrej ryby. Po kultowej knajpie „Pod karasiem” nie ma śladu. Jak wspomina Piotr Wysocki, znakomity aktor Teatru Osterwy, spotykali się tam na dobrej rybie aktorzy, w tym Jan Machulski. – Mówiło się: Idziemy do pana magistra Karasia – śmieje się Wysocki.

Całe szczęście, że pod Opolem Lubelskim jest restauracja, która do legendy nawiązuje. I można zjeść tam rewelacyjne ryby w umiarkowanej cenie. Usytuowana na skraju lasu, przy stawach, utrzymana w GS-owskich tonacjach – wciąż ma klientów. Karp w galarecie za 3.50 jest królem przekąsek, za 5 złotych można zjeść sytą zupę i zawiesiste flaki. Oraz ozorek w śmietanie.

Ale nie dla takich rozkoszy Ją tu zabrałem. Zabrałem na karpia w śmietanie, jakiego nie zje się nigdzie indziej na Lubelszczyźnie. Zamówiliśmy. Za 10 minut na stole wylądowały półmiski z karpiem, frytkami i pieczarkami z patelni. Dużo jedzenia za 16 złotych! Jak kelnerka niosła danie, ślinka leciała mi z gęby. Pierwszy kęs: Dobrutkie. Drugi jeszcze lepszy. Ale jedzenie. Jedliśmy w milczeniu. Nie mogąc się nadziwić, że w karpiu nie ma ości. Ja ości w rybie nie cierpię. Ona – ma do nich cierpliwość.

Dlaczego w karpiu z Pustelni nie ma ości. – Bo są to filety z pobliskich stawów Haliny Daczko, która jest w sprawie karpia ogólnopolskim autorytetem. Rybę filetuje się na specjalnej maszynie zrobionej w Niemczech. Większe ości usuwa. Drobne tnie na ułamki milimetra. Tym sposobem z rybką mamy potrzebne multiwitaminy.

I choć można zjeść w Pustelni pstrąga, szczupaka a nawet halibuta - to zawsze będę tu przyjeżdżał na karpia w śmietanie. Jest boski.

Podsumowanie:

Dajemy aż 4 gwiazdki. Za świeże, smakowite ryby, pochodzące ze stawów Haliny Daczki. Tanio i dobrze, bez nadęcia. Kto lubi ryby i mu ich brakuje: kierunek Opole Lubelskie. Warto!

16:44, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (6) »
niedziela, 30 listopada 2008

Kuchnia: francuska. Extra: autorska karta win francuskich. Alkohole: wino, piwo. Ceny: 20-50. Sala dla niepalących: tylko dla niepalących Miejsca: 60 (na dole bar). Dzieci: specjalne dania. Godziny otwarcia: 11-23, w poniedziałki nieczynne. kontakt: 0-81 534-56-10 . www: alzacja-restauracja.pl


Delicate and sophisticated french cuisine with interesting variety of wines. Snails, froglegs, creamy soups, rabbits and even chocolate desserts are not a problem to the chef but watch out for lamb as it may be overdone. Extra hint: a little bird told me that the owners like to talk about their clients... whoops!

Les gourmandises francaises sont arrivees! Tartes, moules, soupes-cremes, escargots, poissons ou vaindes. Tout savoureux, delicat et plein d'arome. (sauf notre agneau trop dur, desole :) . Puis des desserts tentants: profiteroles pralinees, creme caramel ou du chocolat qui coule... Mais si cette caresse de gustation devient indiscrete, ce n'est aucune caresse.


Ona:

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o francuskiej restauracji w Lublinie, obawiałam się, że to jedynie chwyt marketingowy. Ale na miejscu okazało się, restauracja jest rodzinnym przedsięwzięciem, a Alzacja to część historii rodzinnej. Właściciele zadbali o francuską muzykę czy zdjęcia, a nawet podają fioletowe ziemniaki z własnego ogródka.

W rocznicę urodzin Brella na początek zostaliśmy poczęstowani alzackim plackiem w trzech wersjach - było pyszne, świeże (nie żadna mrożonka) i zapowiadało przygodę ze smakiem. Polecam wszystkim. Polecam też serdeczność właścicielki. Wydaje się, że nieudawaną. Ale to czas pokaże.

Potem już to, z czego słynie francuska kuchnia: lekkość i wyrafinowanie. Lekki i aksamitny krem z drobiu przyjemnie nęcił kubki smakowe. Dlatego następna była żabnica. Delikatna, "pływająca" w śmietankowo-cytrynowym sosiku, na warzywach, aromatyczna, wyśmienita - ostatnio taka kompozycja przydarzyła mi się w Belgii, ale było to dawno temu.

Było smacznie, jednak najlepsze przede mną. Właścicielka dużo opowiadała o deserze, który jedna ze stałych klientek nazwała "lepszym od faceta". Czy można się nie skusić? To fondant chocolat, przy którym czas płynie jak czekolada, skapuje lecz nie ucieka. Płynna czekolada, którą trzeba uwolnić z miękkiego ciasta na spotkanie z bitą śmietaną, gałką lodów i cudownym, pralinowym sosikiem autorstwa szefa kuchni. Trzeba będzie kiedyś sprawdzić, co lepsze..., ale nie powiem. Nie chcę, żeby przypadkiem wiedziało o tym pół miasta.:)

On:

Najpierw było zaproszenie od właścicieli nowo otwartej restauracji. Z prośbą, żeby karcie się przyjrzeć, coś dobrego spróbować - bez obowiązku pisania. Dobre podejście. Na miejscu okazało się, że biznes prowadzą mama i syn - oboje we Francji bywali, syn tam odebrał kulinarne wykształcenie i odbył praktyki w renomowanych restauracjach.

Na początek spróbowaliśmy alzackich placków. Tart Alzacja klasyczny, Tart Alzacja z żółtym serem, Tart Alzacja z pieczarkami (pisownia za stroną internetową Alzacji) to bardzo smaczne placki na cieniutkim cieście z serowym nadzieniem. Ponieważ żółte i pleśniowe sery uwielbiam, ten smakołyk bardzo mi do gustu przypadł. Szef kuchni robi go od ręki, wszysto świeże, ciasto chlebowe na piwie - rewelacja.

Zupy świadczą o klasie kucharza. Aksamitny krem drobiowy z migdałami okazał się znakomity. W Lublinie ciężko o wyrafinowane zupy - krem z Alzacji jest pyszny, finezyjny, koniecznie spróbujcie.

Co na drugie? W karcie jest dużo ciekawych propozycji. Wybrałem jagnięcinę, bo ją lubię najbardziej. Niestety, okazała się twarda, malo soczysta i na nic nie zdały się tłumaczenia szefa kuchni, że Polacy jadają wysmażone mięsa.

Co na deser? Podczas, gdy ona zachwycała się czekoladowym przysmakiem Szefa - ja zjadłem zestaw serów francuskich na desce i szynkę Bayonne. To był badzo szczęśliwy finał prawdziwej uczty - zafundowanej nam przez właścicielkę tego przybytku kulinarnej rozkoszy.

O francuskiej restauracji Alzacja mówi się w Lublinie dobre rzeczy. Ale doszły nas słuchy, że zdarza się w niej grzech niedyskrecji. Czyli opowiadania postronnym osobom, kto, z kim, co i za ile jadł. Wydaje się, że to tylko plotka, bo gdyby to była prawda - oznaczałoby to gastronomiczne harakiri. W niedyskretnej restauracji się nie bywa... Jeśli niedyskretność Alzacji wyjdzie na jaw, ze smutkiem o tym w tym miejscu napiszemy. Jeśli o niedyskretności dowiedzą się klienci, właściciele będą musieli zwinąć żagle. I nikt nie będzie tego zwinięcia żałował.

Podsumowanie

Będzie z tego miejsca dobra knajpa. O ile właściciele będą zwyczajnie lubić ludzi. Jak będą lubić, to reszta pójdzie jak z płatka.

16:48, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (15) »
niedziela, 05 października 2008

Kuchnia: żurek, rumsztyk i ozorek, bajeczka. Extra: uczta piastowska, pizza na wynos. Alkohole: wszystkie. Ceny: 8-20. Sala dla niepalących: tak Miejsca: 80 (z tarasem). Dzieci: można zamówić pół porcji. Godziny otwarcia: 9-23, . kontakt: 0-81 756 17 82 .

A place like this is rare and hard to find nowadays. Having a meal there is as much important as sightseeing. Drop by if you want to learn about traditional polish cuisine. We recommend: soups, liver and onion, ozorek and rumsztyk, for vegetarians: pierogi. All served in big quantities but it's possible to order a half.

Ona:

Nic dziwnego, że nawet radary zmuszają do zmniejszenia prędkości, kiedy przejeżdża się przez Niemce. Szkoda było by przegapić taka knajpę. Na początek koloryt lokalny czyli panowie pod słupem z ogłoszeniami - chętnie odprowadzą gościa do wejścia, wzrokiem oczywiście. Potem jeszcze dziwne automaty do gier i sympatyczna Pani kelnerka. A jej porada bezcenna: krupnik. On zamówił żurek i potem wymienialiśmy się, nie mogąc stwierdzić, która zupa jest lepsza - jedna delikatna, druga kwaskowata jak trzeba, a jakie obie esencjonalne... Ciepło w brzuszku podpowiadało: jeszcze.

Klimat był odpowiedni, więc nakusiłam się na rumsztyk. Przybył pod sporą warstwą cebulki, mógł tylko mniej pływać w tłuszczu, ale i tak było smacznie. Najlepiej z dużą ilością pieprzu. A do tego były jeszcze świeże i dobre surówki. Znowu okazało się, że On ma dobre pomysły. A taka potrawa jest jak lekcja z historii polskiej kuchni, bo podobno młodzi to wolą w Piastowskiej pizzę zamówić. Pewnie też dobra, ale zdecydowanie polecam rumsztyk.

On:

Takie knajpy znikają z kulinarnej mapy Lubelszczyzny. A w Niemcach jest. Wieczorem kolorytu dodają zawiani panowie, stojący w pobliżu Piastowskiej. Na szczęście niegroźni, malują klimat dawnych geesowskich restauracji, do których uwielbiał wpadać Kazimierz Grześkowiak, Edward Stachura i inni. W środku nastrojowo i pachnie domowym jedzeniem. Kiedy wchodziliśmy do Piastowskiej, Ona czuła się dość nieswojo. Przesympatyczna kelnerka, która także gotuje (rzadkość!) rozwiała stres.

Było chłodno. Z karty wybrałem żurek i wątróbkę z cebulką i pieczarkami. Ona szukała, szukała, kelnerka nakusiła na krupnik. Za 10 minut obie zupy parowały w miskach. Uwaga. Porcje w Piastowskiej są ogromne. Mój żurek był na zakwasie, dobrej kiełbasie i rosole. Z kawałkami kiełbasy - zaspokoił pierwszy głód.

Na drugie nakusiłem ją na klasykę. Czyli rumsztyk. Moja wątróbka była w dużej ilości, na dobrej cebuli, pachniała pieprzem. Klasyka. Podjadałem i tylko siłą woli nie zamówiłem ozorka w sosie chrzanowym, który tu jest rewelacyjny. I ma jak rumsztyk zaletę: kosztuje osiem złotych. Dobre ceny w Piastowskiej to oddzielny temat - rzeka. Tak się objadłem wątróbką, że po wypiciu jednego wściekłego psa wypiłem drugi. Ciepełko w żołądku nastroiło mnie deserowo, ale na ulubiony deser w postaci ruskich nie miałem już sił. W karcie wzruszył mnie "kacuś". Czyli sok z kiszonej kapusty.

Podsumowanie:

Takich miejsc coraz mniej. Powinny być pod ochroną. Serdeczności pod adresem pani Niny, właścicielki tego przybytku smakowitości. I cóż, że dużo i czasem tłusto. Ale domowo.

23:51, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (6) »
sobota, 06 września 2008

Kuchnia: żeberko bajeczka, szaszłyk luks, pasi! Extra: imprezy biesiadne, catering. Alkohole: wszystkie. Ceny: 8-20. Sala dla niepalących: tak Miejsca: 100 (z tarasem). Dzieci: można zamówić pół porcji. Godziny otwarcia: 13-22, sob.- niedz. 13-23. kontakt: 081-517-72-02

Ona:

Wieczór wciąż ciepły, woda szumi, okolica piękna, a wieża tajemnicza. W karczmie podkowa na szczęście i ściana domu. Żurek zatem. Gęsty, kwaśny jak trzeba, mięsko, jajka... dobre. Wreszcie jakaś czułość tego dnia. Sięgam do jego miski: ale flaki!

Potem czas na mięsko właściwe, wybrałam szaszłyk. I tu zdziwienie: to szaszłyk może być taki delikatny i wyrazisty w smaku? Może, nawet boczek jadłam, a do tego chrzan i ogórek z beczki. A cebulka jaka... Nieprzyzwoicie dobry szaszłyk. Tylko kot był rozżalony, bo nic nie zostało.

Nakusiliśmy się jeszcze na pierogi, ja to bardziej z ciekawości, szczególnie na te z grzybami i z kapustą, choć ruskich też chcialam spróbować. Zamówił mi ruskiego z wody. Co On wie o moim świecie? Nic to. Przypieczone podgryzę z jego talerza. Pewnie, że lepsze. A koty dostały skwarki.

On:

Parę kroków od Lublina, a jedzenie lux. W karczmie mistrza Czernieca bywam regularnie. Na golonce. Dużej, taniej, peklowanej, chrupiącej. Nakusiłem Ją na późny obiadek. Było cicho, przytulnie, szum wody uspokajał. Na początek poszedł żurek. Grymasiła, że za dużo mączny. Tak się kisi żur, z torebki jest rzadki. Ja zamówiłemn flaki. Klasa sama w sobie. Najpierw się boczyła, potem podjadała.

Na drugie wybrała szaszłyka. Podjadała mięsko, boczek odsuwała na skraj talerza. Wyjadłem wszystek. Ja zamówiłem żeberko w cebulce. Dostałem kawał mięsa, genialną cebulkę i chrzan. Kęs za kęsem potwierdzał, że żeberko bajeczka. Rozpływało się w ustach. Najadłem się tak, że odpuściłem ogromnego schabowszczaka z 8 zł!

Na deser zamówiliśmy talerz pierogów. Już nie były takie dobre. Kusił kufel piwa za 3.50. Ale repetę szaszłyka i żeberka odłożyliśmy na później. Sążniste jedzenie za grosze....

Podsumowanie:

Generalnie można pojeść. Chociaż raz trafiliśmy na minę. Moje żeberko było hmm... wczorajszej świeżości. Ale kiedy powiedziałem o tym kelnerce, nie policzyła za to danie kaski.

09:02, kulinarnylublin , restauracje
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Październik 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31