Blog > Komentarze do wpisu

Vanett, Zemborzyce, ul. Niezapominajki 1

 

Kuchnia: polska Alkohole: wszystkie. Extra: letni ogródek, grill, organizacja imprez, catering, sala kominkowa, pokoje. Rezerwacja: tak. Ceny: 15 - 25. Sala dla niepalących: tak. Miejsca: 100, ogród 25. Dzieci: duży wybór dań. Godziny otwarcia: 11 - 23. Pokoje: 4 pokoje (1 apartament), 14 miejsc, 70-80zł/os. Telefon: 0-81 75 00 830.


Zalew Zemborzycki is an artificial lake on Bystrzyca, the main river of Lublin. Surrounded by forests and small beaches and yet situated very close to the city, Zalew is one of the most popular places (if not the number one) to spend some free time.

If you get hungry while fishing, swimming, water skiing or bike riding you'll probably get to Vanett - one of the biggest restaurants in the area.
Our first impression: the menu seemed to be too vast, what is uncomfortable for the guest as well as for the chef. We got a hint from a waiter with our first choice. He was right, the soups were good:'borowikowa' boletus soup - mild and creamy and fish soup - nicely hot. The second choice wasn't that fortunate: we cannot recommend the kidney in cream sauce (though the very sauce was good).


Ona:

Nie mam potrzeby oswajania sobie miejsc, które już oswoiła większość mieszkańców Lublina, więc raczej omijam okolice Zalewu Zemborzyckiego, kiedy poszukuję różnych miłych zaułków. Jednak tym razem szczerze polecał nasz znajomy (któremu wierzymy), bo znalazł tam nie tyle zacisze, co dobrą kuchnię. Trzeba było to sprawdzić.

Nie przemówiły do mnie malowane winogrona, sala dancingowa ani gorszek ptysiowy. Zawartość miseczek owszem: zupa borowikowa była łagodna, sosikowata i sympatyczna, a rybna z kolei bardziej pikantna, kremowa, pyszna. Bardzo tak. W tle Whitesnake.

"Teraz spróbujesz potrawy, której nie jadają kobiety"- tajemniczo uśmiechnął się On, podał mi telerz i zaraz potem się skrzywił. Niedobry to znak, ale spróbowałam. Dobry sosik (mama też tak umie :) i pieczarki, ale mięsko już niekoniecznie. Podobno "nereczka" smakuje lepiej. Zaraz potem "Rough boy" ZZtopa, więc pewnie dlatego mięso było takie twarde.

Dużo dań w karcie, trudno się zdecydować, co dalej, ale wybór był trafiony. Delikatne mięso królika (que barbaridad!) rozpływało się w ustach, pyszne, zioła ok, sosik - dobry i już przydużo, ale ktoś skrzywdził makaron o jakieś dwie minuty. (to trochę jak z przesadzoną stylizacją Allanah Miles, której welwetowa piosenka brzmiała nam do królika).

Później czas na rybkę: dobry miętus duszony w jeszcze lepszych porach. Wyglądał i smakował letnio i wakacyjnie. Brakowało mi w nim tylko czegoś zdecydowanego, może białego wina lub białego pieprzu, tak jak piosence Richarda Marksa, co sączyła się w tle. (ale miętus naprawdę dobry). Na koniec spróbowaliśmy jednej z ciepłych przekąsek - pieczarki były chrupiące i soczyste. Tonik niestety musiałam zamówić bez dżinu, choć powinnam była pomyśleć o mięcie.


On:

Do wizyty w tej restauracji namówiła mnie Ona. Z rekomendacji znajomego, który uwiebia tatara i wierzy, że jest najlepszy na Lubelszczyźnie. Byłem tam 3 lata temu i w jedzeniu była 3 liga. Jak było tym razem?

Zawierzyłem nereczkom w śmietanie. Kultowej potrawie. Porażka. Twarde mięsko, zatuszowane smacznym sosem. Nie wiem, co kierowało kucharzem, ale powinien wisieć.

Przełknąłem porażkę. Ona zamówiła borowikową, ja rybną. Obie ok!. Z bogatej karty Ona wybrała miętusa w porach, jak króliika po prowansalsku. Ryba była ok, królik jescze lepszy, chociaż kucharz wymęczył makaron. Teraz sam sobie miętusa przyrządzę, być może tu wrócę, bo dobry był.

Na deser były pieczarki z niespodzianką. Nadzienie lekko wątróbkowe. Pieczarki w złocistej, mocno chrupiącej panierce. Dżin z tonikiem zdecydowanie poprawił mi humor.

Jeśli tu wrócę, to na zraz po węgiersku z kluseczkami.

wtorek, 07 sierpnia 2007, kulinarnylublin

Polecane wpisy