Blog > Komentarze do wpisu

Zajazd "Marta" w Pułankowicach

Kuchnia: polska, dziczyzna. Alkohole: dobre wina, nalewki. Extra: catering, wesela. Rezerwacja: tak. Ceny: 20-40. Sala dla niepalących. Miejsca: 100. Dzieci: specjalne dania. Godziny otwarcia: 7-22. Hotel***: 40 miejsc. Telefon: 0-81 821 15 80 , www.zajazd-marta.pl


Marta’s Inn is a real treasure that you can either come across on the way south or visit deliberately for a weeked off. Anytime you’ll be welcomed with cordiality, home made food and warm, home-like ambiance. Some kind of general pleasantness that makes you want to return just as if you’ve been visiting family for holidays.

Merry fire in the fireplace, hunting trophies on the walls, fine vension and fresh fish in the menu. Although 'fine' may be underestimating because they serve the best venison in the region. That is why you need to try it with spanish sauce and mushroom. Marta's Inn is also famous for serving wild boar, moose or bison meat just like in old menu of polish kings. Apart from hunting, more polish traditional cuisine: kolduny (small version of 'pierogi' served in chickensoup), lamb with a light sauce and tarragon, sirloin in brandy (with peas), salads and home-grown vegetables or some delicious french elements, like creamy soups and quiche with leeks ham and bacon or without meat. After that, Marta's home-made nut tincture is recommended.


Ona:(była zachwycona)

Złota łyżka przyznana "Marcie" za najlepsze w regionie potrawy z dziczyzny to dobry powód, żeby obowiązkowo zamówić sarninę (z grzybami). Kołduny też najlepsze, bo kiedy goście spróbowali tych podawanych Piotrowi, stwierdzili, że pobijanie rekordu musi być całkiem przyjemne.

A moje przyjemności? Domowy kisz z porami smakował mi lepiej (i czulej na pewno) niż we Francji. Potem jagnięcina, świetne warzywa, marynowane grzybki.. Kolejna przyjemność (zwłaszcza po jedzeniowych przyjemnościach) to orzechówka, w kilku wariantach i bardzo się cieszę, że poznałam ją już wcześniej - w czołówce zwycięskich nalewek na jednym z turniejów.

Jest też więcej niż przyjemność. Lubię czasem pojechać gdzieś przed siebie, bywa, że bez celu, ale teraz wiem, że takim celem będą ciepłe dłonie pani Marty. Bo już tęsknię.

On:

Pojechaliśmy tam na prywatne zaproszenie Piotra Bikonta, który bił swój prywatny rekord świata z jedzeniu kołdunów. Zjadł ich 151 i się nie rozchorował. To jest dowód na znakomitą kuchnię. Zawsze ilekroć tam jestem wspominam dedykację Pawła Kukiza: "Martusi kochanej Piersi zgłodniałe".

Choć już miłość do jedzenia we mnie stygnie, to w "Marcie" grzeszyć kulinarnie nadal lubię. Ostatnio różnymi sałatami, rewelacyjnym ciastem z porami, genialnymi zawijaskami z szynki parmeńskiej i sera koziego, kołdunami. Ale najbardziej smakuje mi tam jagnięcina. Delikatna, we własnym sosie, z estragonem. Z warzywami z wody jest obłędna.

Ale jagnięcina to nie wszystko. Ilekroć w "Marcie" jestem nie mogę odmówić sobie przyjemności z rewelacyjną wątróbką duszoną w wódce z sojowym sosem i pieczarkami. Na miano arcydzieła zasługuje polędwica wołowa flambirowana w koniaku z zielonym groszkiem.

Bardzo smakuje mi w "Marcie" sarna w sosie hiszpańskim i rewelacyjna dzika kaczka. Kiedyś byłem wielkim fanem golonki, dalej jestem ale już nie jem, bo wolę jeść dietetyczniej. Czasem nakuszam się na bigos myśliwski. Dla zwolenników lżejszej kuchni - polecam łososia, pstrąga z ziołami i naleśniki ze szpinakiem.

Na deser zamawiam w "Marcie" ... tatara. Nie ma lepszego na Lubelszczyźnie.

Koniec recenzji.

 

wtorek, 06 marca 2007, kulinarnylublin

Polecane wpisy